Archive

Archive for June, 2010

Kieler Woche czyli Asakura na urlopie

28. 06. 2010 1 comment

W końcu, po kilku latach, w których to niezmiennie na przeszkodzie stała mi uczelnia, a dokładnie sesja, udało mi się wybrać do Kilonii (Kiel) na wielką, odbywająca się od 128 lat cykliczną imprezę znaną jako Kieler Woche (czyli Tydzień Kilonii). Co ciekawe w Kilonii tenże tydzień zwykle trwa 10 dni i wpada zwykle pod koniec czerwca więc akuracik w czasie politechnicznej sesji.

To nie była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Byłem tam już w zeszłym roku ale już po sesji czyli lipcu. Na co dzień, Kiel jest miastem którego około 10% mieszkańców stanowią studenci, szacunkowo również 10% ludzie w średnim wieku a pozostałoś stanowią emeryci lub ludzie zbliżający się do tego wieku. Nie jest to małe miasto, bo 200tysięczne; co więcej jest stolicą landu. W Kiel odbywała się część morska olimpiady w Monachium w 1976 roku. „Kiel” jest starą nazwą na fiord i jak sama nazwa wskazuje miasto zlokalizowane, a dokładnie to rozciągnięte, jest wzdłuż wybrzeża tak więc dojście do granic miasta idąc od wybrzeża zajmuje około 30 minut. Gdyby jednak chcieć iść wzdłuż miasta  to jest to spokojnie wycieczka na cały dzień i to w jedną stronę; jakby iść z Tarchomina na Kabaty.

Wracając jednak do Kieler Woche. Gdybym miał wymienić wszystkie atrakcje na jakie moża się było natknąć w ciągu tych 10 dni to by mi czasu nie starczyło. Dość powiedzieć że ich spis jest to zeszyt formatu A4 zawierający około 30 kartek drobnym drukiem. Dlatego skupię się na tym co podobało mi się najbardziej.

Po pierwsze miałem okazję przekonać się jak nietrudne jest grawerowanie szkła. Co ciekawe, była to atrakcja przewidziana przede wszystkim dla dzieci i młodzieży (co nie jest ciekawe) prowadzona przez miejscową wspólnotę kościelną (co jest już ciekawe). Porozmawiałem sobie przy okazji z pastorem i dowiedziałem się, że tylko katolicy są tak popieprzeni. Wspólnota dba o swoich członków i ich potomstwo organizując im różne atrakcje, grawerowanie szkła jest jedną z takich atrakcji, a same „atrakcje” są zawczasu uzgadniane z zainteresowanymi i co najciekawsze dzieciom chce się po szkole iść do, z braku lepszego słowa, kościoła i zajmować się takimi rzeczami jak lepienie garnków, grawerowanie szkła itp., itd. Widocznie katolicy niekoniecznie wzięli sobie do gustu powiedzenie, że dobry pasterz dba o swoje stado. We wspólnotach katolickich to raczej stado dba o pasterza!

Inną bardzo ciekawą atrakcją była możliwość obejrzenia startu balonów. Ale nie tak, ze się siada na trybunach czy czymś i gapi w to co się dzieje. Oglądanie odbywało się nader aktywnie. Cała procedura montażu takiego balonu jest dosyć prosta. Podjeżdża samochód, zwykle jakiś większy, z przyczepką w której jest kosz. W koszu znajduje się całe oprzyrządowanie balonu, czyli balon, palnik i butle z gazem. Stawianie balonu jest widok niesamowity, szczególnie wtedy gdy tych balonów jest więcej niż jeden. Gdy kosz już wyjęty a na nim zamocowany jest już palnik to się go przewraca na bok i podczepia balon. Balon zwykle znajduje się w pokrowcu wielkości barowej pufy (dosyć dużej). Co wydaje się nawet rozsądnym rozmiarem. To co przechodzi oczekiwanie jest to rozmiar balonu po wyjęciu z pokrowca. Ciągnie się to i ciągnie i końca nie widać. Gdy balon jest już przypięty do kosza. Trzeba go nadmuchać. Brzmi trywialnie; gdy jednak się zastanowić nad tym, że w dawnych czasach nie było eklektycznych wentylatorów… przestaje to być aż tak trywialne. No ale… dmuch się ten balon i dmucha tak długo aż jest dostatecznie nadmuchany, żeby go podnieść. Wtedy do akcji wkracza palnik (należy pamiętać, że kosz wciąż leży). Palnik w ruch i balon napełnia się dalej i powoli zaczyna się unosić z nad ziemi do pozycji mniej lub bardziej poziomej. Ostatecznie balon nabiera właściwego kształtu i jest gotowy do odlotu. Wtedy to zwykle woła się okolicznych gapiów słowami które są zwykle uprzejme ale streścić je można: „kto może niech łapie balon” żeby nie podskakiwała a stał grzecznie do czasu zapakowania załogi do kosza. Naturalnie podniesienie balonu jest równoznaczne z podnoszeniem się kosza. Wszystko do obejrzenia na filmiku i zdjęciach.

Z rzeczy może mniej interesujących ale również ciekawych w czasie KW odbywa się Internacionaler Markt czyli w wolnym tłumaczeniu Targ międzynarodowy, na którym to prezentują się różne kraje, w tym Polska. Byłem nieco rozczarowany polską oferta kulturową polegającą na sprzedaży popierdułek z bursztynu; oferta jedzeniowo-piwna wyraźnie cieszyła się uznaniem odwiedzających choć nie tak dużym jak na przykład oferta afrykańska czy australijska (stek z kangura albo z krokodyla czy strusia nie zawsze można zjeść a polską kiełbasę da się zdobyć).

Na koniec koncert Carillionu

Podsumowując fajny urlop ;)

(zdjęcia i filmik już wkrótce)

Categories: 庶事 Varia

Fußball po niemiecku

26. 06. 2010 Leave a comment

Ja powszechnie wiadomo połka nożna jest nudna ale są tacy co mają odmienną opinię na ten temat, na przykład Kallipygos ;) ale do rzeczy… Otóż wydarzenia takie jak Kieler Woche sprzyjają publicznemu oglądaniu meczów. W czasie mojego krótkiego pobytu miałem okazję przeżyć dwa mecze z udziałem Niemców. Niewiarygodne jak fajnie to wygląda. Zupełnie inaczej niż obrazki, które z rzadka mam wątpliwa przyjemność oglądać w naszym pięknym kraju. Szczególnie ciekawy był ostatni mecz Niemcy – Anglia.

Jak to zwykle postanowiliśmy z A. zbojkotować oglądanie piłki nożnej (czego nie można powiedzieć o T. czyli jej facecie) i poszliśmy sobie z kocykiem nad jeziorko w pobliskim parku. Tak się składa, że około 15:50 w mieście niemal żywej duszy idącej chodnikiem już nie napotkasz… za to wszelkie dusze siedzą gdzieś w pobliżu jakiegoś miejsca gdzie da się oglądać mecz. No więc 16 wybiła na ratuszu a ostatnim brzmieniom dzwonu towarzyszyło ogólno-miejskie „hurra” na rozpoczęcie meczu. No nic to leżymy sobie i się opalamy. Nagle około 16:30 (wiem bo kościół bimbał) słychać dochodzące z niemal każdego zakątka miasta wielkie „HURRRAAAA!!!!” niesamowite… no to myślimy sobie, no gol fajnie, Niemcy jak słychać wygrywają (jak zawsze) z Anglikami. I tak to trwało… w między czasie się znudziliśmy lezeniem poszliśmy na kawę do jedynej otwartej w niedzielę kawiarni znanej jako Starbucks (a mi bliżej znanej jako niedobra-droga-kawa). W kawiarni pusto, jedyny personel płci żeńskiej. W pobliżu wielki bilbord z meczem w tle, trwa mecz, stan 4:1. Pijemy sobie kawę, nagle wielki ryk – o mecz się skończył – wyraźnie wynik pozostał już niezmieniony. Niemce wygrali. Tu warto nadmienić, że wspomniana kawo-dajnia znajduje się przy jednej z najbardziej ruchliwych ulic w mieście, na której panowała cisza i spokój a ludzi brak. W ciągu chwili ulica zapełniła się Niemcami wymalowanym na różne sposoby w kolory czarny-czerwony-złoty radośnie wykrzykującymi co tam popadnie, ulice wypełniły się samochodami obrąbującymi zwycięstwo i sromotną klęskę Anglików. Cała ta zabawa trwała niemal 2 godziny. Na szczęście ten mecz był wcześnie. Poprzedni był skończył się po 22 co nie przeszkodziło aby podobny hałas wytwarzać niemalże do północy.

Co dla mnie jest szczególnie ciekawe to fakt, ze niemiecki fan, w przeciwieństwie do polskiego, jest raczej nieagresywny co znakomicie przemawia na korzyć fanów niemieckich względem polskich; choć może jestem jakoś uprzedzony.

Categories: 庶事 Varia

Wróciłem

21. 06. 2010 Leave a comment

No wreszcze urlop.

Mam więc czas i sposobność nadrobić nieco braki w grafomaniach.

Synafio droga – cieszę się że za mną zatęskniłaś ;******

właśnie zauwałżyłem, że minęły dokładnie trzy miesiące odkąd napisałem ostaniego posta

Categories: 庶事 Varia
Follow

Get every new post delivered to your Inbox.