Home > 庶事 Varia > Kieler Woche czyli Asakura na urlopie

Kieler Woche czyli Asakura na urlopie

W końcu, po kilku latach, w których to niezmiennie na przeszkodzie stała mi uczelnia, a dokładnie sesja, udało mi się wybrać do Kilonii (Kiel) na wielką, odbywająca się od 128 lat cykliczną imprezę znaną jako Kieler Woche (czyli Tydzień Kilonii). Co ciekawe w Kilonii tenże tydzień zwykle trwa 10 dni i wpada zwykle pod koniec czerwca więc akuracik w czasie politechnicznej sesji.

To nie była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Byłem tam już w zeszłym roku ale już po sesji czyli lipcu. Na co dzień, Kiel jest miastem którego około 10% mieszkańców stanowią studenci, szacunkowo również 10% ludzie w średnim wieku a pozostałoś stanowią emeryci lub ludzie zbliżający się do tego wieku. Nie jest to małe miasto, bo 200tysięczne; co więcej jest stolicą landu. W Kiel odbywała się część morska olimpiady w Monachium w 1976 roku. „Kiel” jest starą nazwą na fiord i jak sama nazwa wskazuje miasto zlokalizowane, a dokładnie to rozciągnięte, jest wzdłuż wybrzeża tak więc dojście do granic miasta idąc od wybrzeża zajmuje około 30 minut. Gdyby jednak chcieć iść wzdłuż miasta  to jest to spokojnie wycieczka na cały dzień i to w jedną stronę; jakby iść z Tarchomina na Kabaty.

Wracając jednak do Kieler Woche. Gdybym miał wymienić wszystkie atrakcje na jakie moża się było natknąć w ciągu tych 10 dni to by mi czasu nie starczyło. Dość powiedzieć że ich spis jest to zeszyt formatu A4 zawierający około 30 kartek drobnym drukiem. Dlatego skupię się na tym co podobało mi się najbardziej.

Po pierwsze miałem okazję przekonać się jak nietrudne jest grawerowanie szkła. Co ciekawe, była to atrakcja przewidziana przede wszystkim dla dzieci i młodzieży (co nie jest ciekawe) prowadzona przez miejscową wspólnotę kościelną (co jest już ciekawe). Porozmawiałem sobie przy okazji z pastorem i dowiedziałem się, że tylko katolicy są tak popieprzeni. Wspólnota dba o swoich członków i ich potomstwo organizując im różne atrakcje, grawerowanie szkła jest jedną z takich atrakcji, a same „atrakcje” są zawczasu uzgadniane z zainteresowanymi i co najciekawsze dzieciom chce się po szkole iść do, z braku lepszego słowa, kościoła i zajmować się takimi rzeczami jak lepienie garnków, grawerowanie szkła itp., itd. Widocznie katolicy niekoniecznie wzięli sobie do gustu powiedzenie, że dobry pasterz dba o swoje stado. We wspólnotach katolickich to raczej stado dba o pasterza!

Inną bardzo ciekawą atrakcją była możliwość obejrzenia startu balonów. Ale nie tak, ze się siada na trybunach czy czymś i gapi w to co się dzieje. Oglądanie odbywało się nader aktywnie. Cała procedura montażu takiego balonu jest dosyć prosta. Podjeżdża samochód, zwykle jakiś większy, z przyczepką w której jest kosz. W koszu znajduje się całe oprzyrządowanie balonu, czyli balon, palnik i butle z gazem. Stawianie balonu jest widok niesamowity, szczególnie wtedy gdy tych balonów jest więcej niż jeden. Gdy kosz już wyjęty a na nim zamocowany jest już palnik to się go przewraca na bok i podczepia balon. Balon zwykle znajduje się w pokrowcu wielkości barowej pufy (dosyć dużej). Co wydaje się nawet rozsądnym rozmiarem. To co przechodzi oczekiwanie jest to rozmiar balonu po wyjęciu z pokrowca. Ciągnie się to i ciągnie i końca nie widać. Gdy balon jest już przypięty do kosza. Trzeba go nadmuchać. Brzmi trywialnie; gdy jednak się zastanowić nad tym, że w dawnych czasach nie było eklektycznych wentylatorów… przestaje to być aż tak trywialne. No ale… dmuch się ten balon i dmucha tak długo aż jest dostatecznie nadmuchany, żeby go podnieść. Wtedy do akcji wkracza palnik (należy pamiętać, że kosz wciąż leży). Palnik w ruch i balon napełnia się dalej i powoli zaczyna się unosić z nad ziemi do pozycji mniej lub bardziej poziomej. Ostatecznie balon nabiera właściwego kształtu i jest gotowy do odlotu. Wtedy to zwykle woła się okolicznych gapiów słowami które są zwykle uprzejme ale streścić je można: „kto może niech łapie balon” żeby nie podskakiwała a stał grzecznie do czasu zapakowania załogi do kosza. Naturalnie podniesienie balonu jest równoznaczne z podnoszeniem się kosza. Wszystko do obejrzenia na filmiku i zdjęciach.

Z rzeczy może mniej interesujących ale również ciekawych w czasie KW odbywa się Internacionaler Markt czyli w wolnym tłumaczeniu Targ międzynarodowy, na którym to prezentują się różne kraje, w tym Polska. Byłem nieco rozczarowany polską oferta kulturową polegającą na sprzedaży popierdułek z bursztynu; oferta jedzeniowo-piwna wyraźnie cieszyła się uznaniem odwiedzających choć nie tak dużym jak na przykład oferta afrykańska czy australijska (stek z kangura albo z krokodyla czy strusia nie zawsze można zjeść a polską kiełbasę da się zdobyć).

Na koniec koncert Carillionu

Podsumowując fajny urlop ;)

(zdjęcia i filmik już wkrótce)

Categories: 庶事 Varia
  1. 05. 07. 2010 at 21:49 | #1

    O… jak ciekawie było poczytać!

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Connecting to %s

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.