W Krakowie — dzień pierwszy
Spontaniczny nieco wyjazd do Krakowa jak na razie udaje się całkiem nieźle. Szkoda tylko, że pada.
Przejazd z Warszawy EIC Kościuszko — udany, w komfortowych warunkach, wagon bez przedziałów a miejsca na nogi tyle, że mógłbym mieć śmiało jeszcze 20 cm wzrostu więcej.
Zatrzymaliśmy się z Mithnae w Hostelu Brama, niemal w samym rynku. Całkiem niezłe miejsce jak na swoja cenę.
Cel główny wyjazdu — Muzeum Narodowe, wystawa prac Williama Turnera.
Wystawa jak wystawa ale warunki w muzeum — żenada. W szatni smród, ceny biletów jak cie mogę ale jak się kupuje bilet na całe muzeum, to dostaje się płachtę, na której potem opiekun wystawy, przy wejściu, musi się parafować z datą — zalatuje średniowieczem. Ale to jeszcze mało. Audioguide — płatny i do tego pod zastaw (!!!) dokumentu. Ciekawe czemu w na takim Museums Insel w Berlinie dają ci takiego za darmo (w cenie biletu) i nie musisz dawać nic w zastaw?… smutno, że u nas cywilizacja normalności wciąż w powijakach.
No ale zwiedzamy. Najpierw Turner. Audioguide działa. Jak już się nazwiedzaliśmy to poszliśmy na wystawą stałą. Audioguide też ją obejmuje. Żeby go przełączyć na inną salę trzeba wpisać magiczny kod, który go rebootuje, i można wybrać inną wystawę. Działał, ale trzeba było go zwyczajnie posłuchać od początku do końca bo gabloty nie oznaczone a narracja chaotyczna, więc się biega po sali wte i wewte.
To samo w sali z bronią. Tam chociaż można było sobie zrobić zdjęcie :)
Potem jeszcze zdążyliśmy do sukiennic. Tam audioguide też płatny ale już nie pod zastaw. Za to tam jeszcze dostaje się iPhone’a z fikuśną aplikacją, która wyświetla historyjki dotyczące wybranych obrazów. No i iPhone był pod zastaw — to jeszcze jestem w stanie zrozumieć bo to w pełnie funkcjonalny telefon i możnaby chcieć go ukraść.
Teraz wybieramy się do krakowskiej pedalarni — Kokonu.
Jutro — Wieliczka.




Ostatnio skomenowane